CONVERSIO MORUM...sześć tygodni później...
CZY BYŁO WARTO PODJĄĆ WYZWANIE?
Tak łatwo żyć nie zastanawiając się wiele nad codziennością, jednak w rzeczywistości jest to droga do nikąd, pustka. Żeby żyć naprawdę trzeba nieustannie szukać. Jesteśmy odpowiedzialni za nasze życie. Wolność człowieka domaga się mądrego zarządzania nią. Jednym z drogowskazów które przybliżyły mi tajemnicę prawdziwego życia były rekolekcje Conversio Morum. Była to praca, nieustanna walka ze sobą, swoimi słabościami, jednak ich dostrzeżenie pomogło mi zrozumieć kim jestem. Nie byłam sama. Wszystko zaczęło się od decyzji, a później konsekwentnym trwaniu przy tym co się wybrało. Tylko tak można coś osiągnąć, by nie zostać ostatnim w biegu do nieba. Pomocą były sprawdzone od stuleci reguły i zasady, które powoli odsłaniały piękno milczenia, słuchania, pokory, umiejętności budowania innych, sztuki nieustannej przemiany, trwaniu przed Bogiem w codzienności.
W tym głośnym świecie, pełnym zabaw i kolorowych, krzyczących reklam można się łatwo zatracić, zapomnieć kim się jest, oślepnąć. Trzeba na nowo "powrócić do siebie", "zamieszkać ze sobą", poznać siebie by odnaleźć w naszym środku Boga. Wystarczy tylko chcieć i nie bać się odważyć zacząć żyć pięknie.
/Monika
Dla mnie odkryciem rekolekcji były... właściwie już same rekolekcje... :)
To pierwsze rekolekcje w moim życiu które zapamiętam do końca życia... tzn.. ich treść i postanowienia które podczas nich realizowałem...
Ta fajna oprawa i sama forma - podpisanie reguły jako zobowiązania... i rozważania na każdy dzień...
Tyle tygodni pracy nad sobą na pewno zaowocuje... to tylko kwestia czasu...
Ziarenko posiane.. a te słynne „inhibitorki” już działają... więc wkrótce zakiełkuje, to co zostało zasiane... jestem tego pewien...
/Mariusz
Czas rekolekcji jest czasem prawdy, prawdy o nas samych jeśli ją chcemy przyjąć i realizować. Jak widać nawet reguły napisane w VI wieku mogą być
przydatne w naszych czasach. To co zostanie w pamięci po nich to duża trudność w realizowaniu postanowień; widocznie wiele pracy jeszcze przede mną.
/Mateusz
Sześć tygodni spotkań z mężem „z łaski Bożej i imienia Błogosławiony” pozwoliło mi poznać lepiej samą siebie i przygotować się do najdłuższej drogi w moim życiu, bo do dorosłości. Na początku drogi wahałam się czy wziąć odpowiedzialność za siebie i wyruszyć w drogę, na której zawrócić jest dosyć trudno. Tę drogę czyli regułę przyjęłam z pewnym oburzeniem, bo jak to tak? Mnie, dorosłej kobiecie, jakiś mnich ze Średniowiecza będzie wskazywał jak żyć w XXI wieku? Szaleństwo! Szaleństwo, którego się podjęłam.
Przy pierwszym spotkaniu z Benedyktem wydało mi się, że jest to postać obdarzona nadprzyrodzoną mocą. No bo jak zwykły człowiek, w przypadku Benedykta będący też mnichem, mógł zapanować nad przeróżnymi pragnieniami, przestrzegać reguł, które wydają się być nie do zaakceptowania? Z czasem uzmysłowiłam sobie, że wszystko przecież jest dla ludzi. I ta reguła także!
Kolejne spotkania z Benedyktem otwierały mi oczy na różne aspekty życia. Codzienne postanowienia utrzymywały mnie w przekonaniu, że małymi kroczkami dotrze się do celu. Jasne, że będzie to podróż długa i męcząca, ale u jej kresu człowiek będzie naprawdę szczęśliwy. No i najważniejsze – okazało się, że średniowieczna reguła ma ponadczasowe przełożenie i jest wykonalna również w obecnych czasach – prawie piętnaście wieków później! To dopiero kształtuje duszę i charakter jeśli w epoce stałego łącza do Internetu oraz tanich rozmów przez telefon komórkowy postanowi się, że na jeden dzień (sic!) się zamilczy. Mnie się udało na pół dnia…
Nie jestem jeszcze Opatem, o którym pisze Benedykt, nie liczę ile razy uciekam, by wracać, ile razy zasługuję na chłostę, myśl o której mnie zmienia w mgnieniu oka. Jestem człowiekiem odpowiedzialnym za siebie i innych. Za Wspólnotę.
Te sześć tygodni było trudnym czasem w moim życiu, ale już teraz widzę owoce. Póki co małe i kwaśne – w końcu jest dopiero wiosna! Na prawdziwe owoce przyjdzie czekać do lata.
/...

